W sobotę 26/05/2012r. był w Sobótce organizowany bieg górski na Ślężę. Zważywszy na problemy z kolanem (o których opowiem później) miałem wątpliwości odnośnie startu. O ile sam podbieg nie jest straszny, to zejście z góry potrafi zajechać kolana.

Na domiar złego 2 dni przed imprezą naciągnąłem mięśnie szyi i musiałem chodzić w kołnierzu. A dzień przed zawodami, czyli w piątek miałem grilla, który przeciągnął się do godzin porannych.

Pojechałem więc niewypoczęty i obolały, czyli jak typowy amator.

Ocena organizacji zawodów: 4/5

Pierwszy raz uczestniczyłem w zawodach organizowanych w małej miejscowości. Spodziewałem się zbędnego napinania, słabej organizacji i nieprzyjemnych organizatorów, ale było zupełnie odwrotnie. Wszystko dobrze oznakowane (punkt weryfikacji, depozyt, łazienki), obsługa bardzo sympatyczna, woda pitna bez limitu, rozpoczęcie zawodów punktualnie i bez wzajemnego poklepywania się po plecach organizatorów i sponsorów.

Minusem był brak wystarczającej liczby medali oraz koszulek. Uczestników było więcej niż byli przygotowani na to organizatorzy. Otrzymaliśmy jednak zapewnienie, że medale i koszulki zostaną dosłane dla pozostałych pocztą. Ja nie załapałem się na medal, więc trzymam za słowo i czekam na przesyłkę.

Podobno padł rekord frekwencji w tego rodzaju biegu. Zgłoszonych było 355 osób, ukończyło: 302.

Jak umierać, to dwa razy

Jak zwykle miałem “szczęście” do pogody, czyli był upał. Na pierwszym podbiegu uświadomiłem sobie, że chyba porwałem się z motyką na słońce. Później wiedziałem, że tamten podbieg był dla przedszkolaków.
Na podbiegu na Wieżycę (to taka mniejsza Ślęża) umarłem 2 razy.
Pierwszy raz z wysiłku. Drugi raz – ze zdziwienia, że nadal biegnę.
Był to najbardziej hardcorowy wysiłek jaki przeżyłem. Bicie moje serca było słyszalne w promieniu 30 kilometrów, a powietrze połykałem hektolitrami. Później nie było łatwiej.
Ostatnie 300-400 metrów trasy, to była walka na poziomie mistrzowskim, między mną i 3 innymi zawodnikami. Szacun dla nich za podjęcie rękawicy w “ataku szczytowym”.

Najbardziej zaimponowała mi ok. 10-letnia dziewczynka, która biegła ze swoim ojcem. Zajęli jedno z ostatnich miejsc. Przybiegła z obdartymi kolanami, po konkretnej glebie na trasie. Mimo wszelkich przeciwności ukończyła bieg. Duchem walki z pewnością powala większość z was. Myślałem, że to ja jestem twardy, bo biegnę w kołnierzu.
I nie myliłem się. Jestem. Ona też. A wy powinniście brać z nas przykład.