Scotta Jurka (czyt. dżerka, dżerkera – sam autor tak chciał), poznałem wiele lat temu w jakimś artykule w Runners World. Było to w czasach, gdy takie gazety były drukowane a ludzie nie znali pieniędzy tylko wymianę barterową.Teraz, całkowicie przez przypadek w moje ręce trafiła jego książka Jedz i biegaj.

Scott Jurek to wybitny biegacz, który dzięki ciężkiej pracy doszedł tam gdzie inni wciąż marzą być. W dzieciństwie każdy mówił mu, że jest do bani, a on postanowił zrobić ludziom na złość i wspiąć się na szczyt.
Założyłem, że taki gość wie o czym pisze.

Na początku książka mnie rozczarowała i albo zaciśniecie zęby i załapiecie klimat albo odłóżcie ją spowrotem na półkę. Nie wiem czy to decyzja autora czy jego korektora, ale nie rozumiem tych majestatycznych opisów przyrody. Dla mnie strumień to strumień, a nie jakaś ukryta metafora, a już z pewnością nie podczas długiego biegu, gdy walczę sam ze sobą.
Mówiąc krótkich żołnierskich słowach – pasują one do pozostałej treści jak świni kokarda.

Jurek opisuje całe swoje życie. Zaczyna od opisu trudnego dzieciństwa, biedy, ograniczonego poglądowo ojca i chorej matki.  Każdy swój etap życia i robienia kariery przerywa przepisami na zdrowe i pożywne dania.
No właśnie. I to są te fragmenty, przez które nie dałem rady przejść i opuściłem je.

scott jurek jedz i biegaj

Nie wiem jaki jest problem z wegetarianinami, że po odstawieniu na bok mięsa próbują za wszelką cenę zbawić śwat. Jeśli jecie warzywa to jedzcie dalej, ale nie dorabiajcie do tego filozofii i nie wmawiajcie innym, że od miski trawy i kilku orzechów jeście lepszymi ludźmi. Zawsze drażni mnie gdy ktoś nachalnie próbuje narzucić mi swoją filozofię.

OK, ale wybaczam to Scottowi, bo pisze tak jak pozostali amerykańscy mentorzy. Widocznie taka u nich moda.
Nie powiem, że książka zrewolucjonizowała moje życie, ale z pewnością bardzo zmieniła moje patrzenie na biegi.
Wcześniej bieganie traktowałem jako ciężką pracę, wymagającą odpowiedniego treningu, sprzętu i wiedzy. Jurek uświadomił mi, że bieganie mamy zapisane w genach, a dystans 42 km to tak naprawdę spokojna przebieżka. Nigdy wcześniej nie pomyślałem, a przecież w dzieciństwie biegaliśmy nie dlatego, żeby trenować, ale dlatego, że sprawiało nam to przyjemność.
Przez całe życie wychowujemy się na zasadzie zakazów i nakazów, dlatego tracimy umiejętność czerpania przyjemności z wielu rzeczy, do których jesteśmy stworzeni.
Do tego wyszukujemy sobie wymówek i całe wieczory marnujemy na kanapie przed telewizorem. Znaczy ludzie marnują, bo ja nie.

W książce znalazłem też kilka ciekawych zagadnień dotyczących oddychania, liczenia kroków i filozofii bushido, którą zamierzam teraz zgłębić.

Na początku myślałem, że Jedz i biegaj to typowy podręcznik o sztuce biegania. Jest tam kilka porad technicznych, ale główne założenie to przekazanie całej filozofii biegowej. Wiecie jaki mam stosunek to takich nakręconych orędowników, ale tę książkę musi przeczytać każdy kto biega.
Nie dlatego, żeby nauczyć się biegać, ale uświadomić sobie po co to w ogóle robić.
Większość tłumaczy technikę biegania, ale nie tłumaczy sensu w tym co robimy.

Z pewnością ten kto przebiegł chociaż raz w życiu maraton, lepiej rozumie co to znaczy ból na trasie, ale książkę polecam nie tylko biegaczom. Znajdziecie tu dużo słów o miłości, przyjaźni, pasji, poświęceniu, porażkach i rozczarowaniu. O tym jak walczyć i nigdy się nie poddawać.

Dałbym 5, ale za wegetariańską filozofię i abstrakcyjne przepisy odejmuję jeden punkt.